Najdłuższe wakacje za pasem, więc
postanowiłem na dobre odświeżyć mojego blogaska.
Zacznijmy może od tego co działo się
u mnie przez ostatnie kilka miesięcy w dużym skrócie. W tym roku
całe szczęście obeszło się bez żadnego urazu i kontuzji, więc
całą zimę mogłem przepracować bardzo solidnie.
Jeśli chodzi natomiast o starty w tym
sezonie to zacząłem od Hana Orienteering Festiwal w Czechach, potem
Puchar Borów Dolnośląskich, Grand Prix Mazowsza, kończąc jak na
razie na Baltic Cup.
Jeśli chodzi o start w Czechach to
miałem duży problem, ponieważ biegałem bez kolcy i musiałem
bardzo uważać żeby nie zrobić sobie krzywdy. Mimo wszystko
tragedii nie było i na masówce udało mi się stracić do Jacka
Morawskiego niespełna 25''.
Puchar Borów Dolnośląskich to
zawody, które moim zdaniem są super zorganizowane rokrocznie. Pan
Darek Pachnik dokłada wszelkich starań i podchodzi do każdego
uczestnika indywidualnie co jest bardzo pozytywne. Zawody te wygrałem
z kilkunastu sekundową przewagą nad Tomkiem Jurczykiem, i właśnie
od tamtego startu zaczęło się dziać u mnie wiele dobrego. Nogi
zaczęły pracować jak jeszcze nigdy, no i głowa nadążała co
nigdy mi się nie zdarzało.
Na GPM zgłosiłem się do M21E żeby
sprawdzić się ze starszymi kolegami i na jakim poziomie jestem w
stosunku do nich. Pierwszego dnia na middlu wykręciłem 3czas
przegrywając nieco ponad 1' z Jackiem Morawskim. Na klasyku WRE
byłem znowu trzeci przegrywając tym razem ponad 13' z Rosjaninem
Dimitrem Nakonechnym. Handicap był dla mnie dosyć dobry od samego
początku bo goniłem Hewiego na minutkę co było dla mnie
komfortowe. Spotkałem się z Maćkiem(pozdro!) już na 1 pkt, gdzie
zarąbaliśmy konkretnie, 2 i 3 pkt też niepewnie, ale potem jak się
rozkręciliśmy było już elegancko. Skończyłem na 3 miejscu w
elicie co bardzo mnie ucieszyło.

Baltic Cup również był dla mnie
sprawdzianem w elicie. Na middlu przegrałem aż 6' z Rychem, tego
dnia mój chip w ogóle nie działał i zanim organizatorzy znaleźli
mi chipa zastępczego mój start już poszedł, a ja potem chcąc
nadganiać zrobiłem jeden bardzo duży błąd bo aż na 5'!!! Klasyk
już bardzo dobrze szedł od samego początku, przegrałem tylko 1'
z Maćkiem Jasińkim, zajmując 5miejsce. Ostatni etap też był dla
mnie bardzo pozytywny. Mimo tego że minąłem 100metrowy przebieg po linii
przebiegu na następny pkt to wykręciłem 3czas przegrywając lekko
ponad 1' z Jasiną.
Wczoraj natomiast biegałem cross
eliminacyjny do JWOC'a w Falenicy. Limit wynosi 40' co moim zdaniem
nie jest jakimś wygórowanym czasem. Przyjechałem na ten bieg
prosto z matury na którą komisja nie pozwoliła mi wnieść wody i
przy 30st upale nie piłem prawie 2h. Wychodząc na rozgrzewkę
czułem już, że jestem jakiś otumaniony i coś jest nie tak. Nie
pozostało mi nic innego tylko stanąć na kresce i pobiec. Pierwsza
pętla: już byłem bardzo zmęczony, zrobiłem ją w 12'10'' i
czułem że momentami na biegu tracę świadomość, niestety nie
mogłem się zatrzymać bo wtedy JWOC poszedłby w niepamięć. Druga
pętla: na początku jeszcze dosyć okej, ale jak ją kończyłem to
momentami miałem ciemno przed oczami i nawet nie pamiętam jak
wbiegałem na trzecią pętlę, już nie mówiąc o kontrolowaniu
czasu.. Na początku ostatniej pętli dogonili mnie młodsi koledzy:
Krzysiek Rzeńca i Wiśnia nad którymi miałem jakieś 200metrów
przewagi. To był dla mnie sygnał, że dzieje się ze mną bardzo
źle. Z metra na metr traciłem równowagę i czucie w nogach.
Podczas gdy do końca biegu zostało jeszcze trzy podbiegi a do spełnienia limitu miałem aż 6', przed tym
pierwszym pierwszy raz się wywróciłem nie widząc już kompletnie
na oczy, następnie wstałem przebiegłem jeszcze kilka metrów i
padłem bezpowrotnie na ziemię. Od tamtego momentu już nie wiele
pamiętam. Wiem że po kilku minutach ocknąłem się i Pan Darek
Żebrowski i Papi znieśli mnie z trasy bo sam nie byłem w stanie
stać na nogach. Jeszcze nigdy w życiu nie miałem takiej sytuacji,
ale powód jest jeden-odwodnienie. Dziś już czuję się znacznie
lepiej i w południe czeka mnie sprint, pierwszy dla mnie bieg
eliminacyjny do JWOC'a. Całe szczęście w niedzielę podchodzę do
crossu w Falenicy raz jeszcze i nie mając w planach biec na 36/37'
po prostu będę chciał go zaliczyć bo czuję jeszcze spore
osłabienie organizmu, a nie chciałbym przedobrzyć.
Wszystkim, którzy się mną wczoraj
zajęli, gdy potrzebowałem pomocy bardzo serdecznie dziękuję. Nie
wiem co by było gdybym został tam samemu sobie... Całe szczęście
dobrze się wszystko skończyło i dalej mogę napierdzielać :)
Przykry jest fakt jednak, że trener kadry, który w zasadzie jest
opiekunem, a zarazem organizatorem danego crossu nie przyszedł po
tym wszystkim i nawet nie zapytał jak się czuję. No, ale trudno
widocznie nie jest to dane zawodnikowi z marnej kadry B, do której
trafił tylko dlatego, że zdobył jakieś tam 4medale na MP w
zeszłym sezonie...
Jak więc widzicie dla mnie do porzygu
do za mało!! :D